Reklama
Ferwa ARTYKUŁY Twarzą w twarz MISTRZOWIE IMPROWIZACJI - NEONÓWKA
MISTRZOWIE IMPROWIZACJI - NEONÓWKA

AUTOR: Przemysław Gorczyński

KABARET NEONÓWKA

Jedni z najzdolniejszych na polskiej scenie kabaretowej. W swoich skeczach bez ogródek śmieją się z wyznawców mohera czy nadużywających alkoholu. Nie boją się obnażać absurdów polskiej rzeczywistości. Ich improwizacja podczas skeczu „Niebo” stała się jednym ze sztandarów wśród kabaretów. Uwierzcie, że ów skecz udało im się zagrać w inny, acz równie powalający sposób. Nieprzewidywalni, zawsze uzbrojeni w porcję śmiechu. Nie znasz chwili, kiedy zaatakują. Ich występ to istny atak na publiczność. Wchodzą na scenę, strzelają i trafiają prosto w serce. Posiadacz amunicji dowcipów, aniołek z trwałą ondulacją ze skeczu „Niebo”, czyli Michał Gawliński z kabaretu Neo-Nówka, był gościem Ferwy.

Jako magazyn studencki chcemy rozpocząć od tematu studiów. To szczególny okres, gdy młody człowiek odkrywa nowe ścieżki życia. Ty odkryłeś kabaret.

Pamiętam genialne lata studenckie. Powstaliśmy jeszcze na studiach, z nurtu studenckiego, jako amatorski kabaret. Ach… To były czasy.

Wzdychasz z nostalgią, gdy przywołujesz wspomnienia z tego okresu. Co powoduje u Ciebie tęsknotę za czasami studenckimi?

Studiowałem fizykę i to chyba wszystko tłumaczy. Ciężko określić czy to łatwe, czy trudne studia. Z pewnością należą do specyficznych.

Sesja to taki śmieszny czas dla studentów. Szczególnie, gdy nieprzygotowanym idzie się zdawać egzamin, a tam niespodzianka w postaci oceny pozytywnej.

Za mojej kadencji to nie był taki wesoły okres. Bardziej dla profesorów.

Czy działalność kabaretowa była lekiem na zło podczas czasów studenckich, okresu sesji? Czy dziś pomaga w pokonywaniu trudności dnia codziennego? A może traktujecie ją wyłącznie jako pracę?

Na dzień dzisiejszy kabaret traktujemy jako pracę. W nawiązaniu do studiów, nam nie wystarczało samo studiowanie. Szukaliśmy czegoś nowego i powstał kabaret Neo-Nówka. Nie bawiło nas życie wedle schematu „jest piątek, no to czas na imprezę”. Koledzy utrzymywali, że ja odpadam już o 23.00. Stwierdziłem, że skoro to ma być wyznacznik dobrej imprezy, to ja dziękuję. Wolałem tworzyć coś poza. Chlanie można zostawić na każdą porę życia. Polecam wszystkim, aby podczas studiów cokolwiek tworzyli. Jest to świetny okres w życiu, bo poza sesjami jest sporo wolnego czasu, który można świetnie wykorzystać.

Co było Waszą motywacją, że pewnego dnia stwierdziliście „zakładamy kabaret”?

To nie jest tak, że siedzisz, wstajesz i mówisz „a, założę sobie kabaret, bo zawsze chciałem to robić”. Przez dłuższy czas dojrzewało to w Romku Żurku. W pewnym momencie stwierdził, że może jednak zrealizować pomysł męczący jego umysł. Szukał ludzi i od tego czasu zaczęliśmy się zbierać i łączyć. Puste sale, występy dla kumpli, z tym trzeba było się zmierzyć, zanim stwierdziliśmy, że chcemy tworzyć formację kabaretową.

Jeszcze kilka lat temu uczyłeś w szkole plastyki i muzyki. Radek jest dziennikarzem, Romek uczył historii w szkole. Czy kabaret to przepis na Wasze szczęście? Czy gdyby nie taka droga życia, bylibyście usatysfakcjonowanymi ludźmi wykonującymi swoje zawody?

Wybierając zawód kabareciarza, rozwiązał się problem wyboru między zawodem nabytym a sceną. Przez długi czas z Romkiem łączyliśmy te dwa zajęcia. Uczyliśmy w szkole i tworzyliśmy kabaret jednocześnie. W pewnym momencie nastąpił czarny czwartek polskiej edukacji. Bez wcześniejszej konsultacji, niezależnie od siebie, podjęliśmy z Romkiem decyzję, aby jako pracę wybrać kabaret. Nie dlatego, że nie lubiliśmy szkoły albo innych nauczycieli. Kabaret dawał nam więcej szczęścia.

Uczniowie traktowali poważnie nauczyciela ze sceny kabaretowej?

Traktowali nas oczywiście poważnie. Nawet im imponowało, że ich nauczyciel ma do powiedzenia coś więcej niż tylko to, co na lekcjach o plastyce czy muzyce.

Właśnie. Kabareciarz jest komentatorem rzeczywistości. Nie boicie się dotykać takich tematów jak śmierć, pogrzeb i robić z nich kabaret. Skupiacie się jednak na kwestii życia politycznego. Używacie nazwisk, wyśmiewacie zachowania, decyzje polityków. Ciąży na Was strach kary za słowa, które wypowiadacie? Musieliście już tłumaczyć się z swoich czynów na scenie?

Przecież żyjemy w wolnym kraju.

Czyli polska scena kabaretowa jest pozbawiona cenzury? A jednak jeden ze skeczów polskiego kabaretu nie został wpuszczony na wizję.

Mieliśmy podobną sytuację. Cenzury oficjalnie w Polsce nie ma. Jest takie coś jak kolaudacja, jak przypasowanie telewizji. Programy muszą być słuszne politycznie. Naszą twórczością nie zawsze wkomponowywaliśmy się w te wymogi. Niejednokrotnie długo czekaliśmy na emisję naszego skeczu. Oczekiwaliśmy na zmianę władzy politycznej. Mimo że jest to telewizja publiczna, to z racji tego, że podlega partii rządzącej, nie zawsze wszystko można powiedzieć.

Wśród polskich kabaretów istnieje konkurencja? Czy polska scena kabaretowa to wielkie grono przyjaciół?

Oczywiście, że jest między nami zgoda. Jakikolwiek kabaret zapytasz, to dowiesz się, że jesteśmy jedną wielką rodziną. Spotykamy się na grillach, czasami przyjeżdżamy do siebie na święta. Przez to już od lat przy bożonarodzeniowym stole nie zostawiam jednego, a pięć talerzy.

Otrzymaliście niegdyś tytuł „Buntowników Czwartej RP”.Czym dla Was jest takie wyróżnienie? Czujecie się anarchistami, młodszymi, może zmotywowanymi do dalszej pracy? Co taki tytuł znaczy dla kabaretu?

Dyplomy na ścianach są satysfakcjonujące (śmiech). Lecz o to buntowanie do końca nam nie chodzi. Tak jak już wspomniałeś – kabaret jest odbiciem rzeczywistości, ale w krzywym zwierciadle. Nam nie chodzi o to, by wyśmiewać kogoś. Pewnie pijesz do naszego moherowego programu. W nim nie chodziło nam, by kompromitować te babcie. Chcieliśmy poprzez nasze moherowe postacie pokazać społeczeństwu, że coś się dzieje niedobrego.

Polacy to konserwatywny naród. W samym skeczu „Niebo” odnajdywane są teksty budzące sprzeciw i uderzające w uczucia religijne. To opinia pewnej części społeczeństwa. Mnie, nawet jako katolika, ta cicha iluzja śmieszy. Mimo wszystko musicie stawiać czoła tym, którzy z pewnych rzeczy nie pozwalają zażartować. Jak uczycie ludzi tego dystansu do spraw uważanych powszechnie za poważne?

Też jesteśmy katolikami. Chodzimy do kościoła. Nie uważam, abym się śmiał z religii. Śmieję się z naszej polskości. Chodząc na nasze występy, ludzie mogą się pozbyć tego konserwatyzmu, nauczyć nabierać dystansu do pewnych spraw. Po to stworzyliśmy kabaret, aby dać upust temu, co zauważamy i czym chcemy się podzielić. Ja nie chcę iść nurtem, że „czuję się konserwatywny, to będę się zachowywał jak skrajny fanatyk i dawaj na barykadę, będziemy walczyć”. W żadnym wypadku. Tym bardziej, że ani moja religia, ani inne tego nie uczą. Jednak pojawiają się tacy ludzie, co zacięcie buntują się wobec tych, którzy jakkolwiek użyją tematu religii w swoim komentowaniu rzeczywistości, tym bardziej jak ma to wydźwięk żartu. My się nie zgadzamy na takie fanatyczne podejście i dlatego dajemy temu upust w naszej twórczości.

Czy Wasze skecze mają formę autoironii? Czy teksty wykorzystywane na scenie bywają kopiowane z Waszego życia?

Przejedź się choć raz naszym busem, to zobaczysz, co to jest autoironia (śmiech). My w naszych programach staramy się uczyć tego dystansu. Nauczmy się śmiać sami z siebie. Polacy uwielbiają się śmiać, to nie ulega wątpliwości. Uwielbiamy się śmiać, jak komuś coś się stanie. Nie ma nic lepszego, jak gdy wywróci się babcia na ulicy. Dla Polaka to jest szczyt żartów. Niestety, jako Polacy myślimy dalej kategoriami „Kalego”. „Fajnie, jak coś się komuś stanie, lecz niedobrze, jak dotyka to mnie”. To odnosimy do humoru. Nienawidzimy śmiać się sami z siebie, a lubimy żartować z innych. My w naszych programach staramy się pokazywać skecze o Polakach. O tym jest skecz „Niebo”. Tak naprawdę śmiejemy się sami z siebie, bo przecież Neo-Nówka to obywatele Polski

W Waszych występach wielokrotnie pojawia się improwizacja. Nie stresujecie się tym, jak kolega z kabaretu zareaguje na Waszą spontaniczność na scenie?

Stresu nie odczuwamy, lecz adrenalina jest. Niech się coś takiego dzieje, to jest jak krew dla rekina.

Zdarzyła Wam się sytuacja, gdy nie trafiliście z improwizacją? Publiczność się nie śmiała, sami nie wiedzieliście, co powiedzieć, a w głowie czarna dziura?

Oczywiście, że do takich sytuacji może dojść. Publiczność nie jest głupia, wyczuwa, kiedy się improwizuje, rozumie, z czego się śmiejemy. Jednak dochodzi do sytuacji, gdy widzowie nie wiedzą, co się dzieje na scenie. Gdy sprzedajemy tę improwizacje tak, że publika wie, że w danym momencie jest improwizacja, to z tego będą się śmiać. Bo wiedzą, że dzieje się to tu, teraz, w tym czasie i tylko dla nich i nie da się tego w innym występie powtórzyć. Uważam, że to jest kolejna siła Neo-Nówki.

Doszło do sytuacji, że musieliście przerwać skecz?

Tak. Poszliśmy tak daleko w improwizacji, tak pokierowaliśmy skeczem, że zaczęliśmy się sami z siebie śmiać na scenie. Publiczność wtórowała nam w tym śmiechu i nie było sensu kończyć, gdyż było pozamiatane.

W jaki sposób powstrzymujecie wybuch śmiechu na scenie?

To wszystko musi wypływać z serducha i publiczność musi odczuć tę szczerość. Jeśli my na scenie wybuchniemy śmiechem, ale publiczność wie dlaczego, to ona to przyjmie i wybacza ten nieplanowy śmiech. W sytuacji gdy śmiejemy się między sobą, a publiczność nie wie czemu, to wychodzi już brak profesjonalizmu.

Szykujecie nowy program. Co czeka widzów po aktualnej trasie „Seks, alkohol i książki”? Jaką grupę społeczną tym razem weźmiecie w swe ręce kabareciarzy?

Co będziemy zdradzać. Przyjdźcie, zobaczcie. Jedyne, co mogę powiedzieć – nadal próbujemy przesuwać granice możliwości śmiania się. Umiejmy się śmiać sami z siebie i przesuwajmy te granice.

 

Zdjęcia z występu kabaretu w Siemianowicach Śląskich:

 
Reklama